poniedziałek, 1 sierpnia 2016

O powstaniu

O powstaniu mówi się różnie. Jedni mówią, że to bohaterski czyn i że dzięki nim. Inni mówią, że to z góry przegrana walka, młodzi na rzeź. Jeszcze inni, że wspominanie to martyrologia i kultura śmierci. Że co tu czcić, że dzieci ginęły z bronią w ręku? To się nigdy nie powinno wydarzyć. Są też głosy, które twierdzą, że trzeba pamiętać, ale nie każdy sposób jest dobry, bo niektóre z nich prowadzą do bezczeszczenia symboli.

Byłam wychowana w kulcie Powstania Warszawskiego. Kiedy byłam młodą dziewczyną, byłam przekonana, że poszłabym walczyć. Kiedy byłam dziewczyną nieco starszą i zaczęła do mnie przemawiać wyobraźnia, byłam przekonana, że musiałabym pójść do Powstania i bardzo się bałam, że to może kiedyś nastąpić. Zanim się obejrzałam, stałam się dojrzałą kobietą z dwójką dzieci. Inna perspektywa, kobiety z dziećmi siedziały w piwnicach i uciszały swoje płaczące potomstwo.

Będąc matką przeszłam kilka etapów w myśleniu o Powstaniu. Od szczeniackiego zachwytu bohaterstwem, przez negację w stylu Marii Peszek, po skrajną postawę pacyfistyczną. Ale ludzie giną na wojnie. Ginęli na Majdanie ci, którzy tam poszli. Giną w Syrii - ci, którzy tam zostali. Ginęli w Powstaniu ci, którzy zdecydowali się do niego przystąpić. To nie zawsze jest i był ich wybór. To nie ich wybór - myślę, że nie idzie się na wojnę, żeby zginąć, idzie się, żeby przeżyć.

Piszę i piszę o tym, piszę, kasuję. Piszę. A chciałam napisać po prostu, że uważam. Że życie nie jest  w życiu najważniejsze. Jest coś ponad to, szczególnie jeśli się wierzy. Że życie na ziemi, to jedynie wstęp do życia wiecznego. Ale nie tylko. To wartości, które ciężko zamknąć w słowach.  O których trudno opowiedzieć.

Syryjka z Aleppo w wywiadzie dla reportera polskiej telewizji podczas Światowych Dni Młodzieży mówi. Że co ma zrobić. Że jest bardzo ciężko, ale tam wraca, do swojej ukochanej Syrii. Czy jako matka tej dziewczyny nie kazałabym jej zostać gdzieś chyłkiem w Polsce, przedrzeć się do Niemiec i wystąpić o zasiłek dla uchodźców?

Czy w dzisiejszych czasach można być pacyfistą? Odcinać się od kultury śmierci? Czy gdyby mojemu nastoletniemu kiedyś synowi przyszło zmierzyć się z takim wyzwaniem, jak Powstanie, schowałabym go do piwnicy, żeby przeżył za wszelką cenę? Chciałabym wychować go tak, żebym nie miała w tym momencie nic do powiedzenia. Żeby powiedział mi, że on nie może postąpić inaczej. Chciałabym wychować go tak, żeby jego życie w jego życiu nie było najważniejsze. I żeby nie był "młodym kanapowym", jak powiedział papież Franciszek.

Tak bardzo to  modne bycie "slow", to celebrowanie codzienności, wydaje mi się teraz niepotrzebne, a wręcz głupie. Teraz, kiedy świat wymaga działania i zaangażowania. Własna wygoda wydaje się tu kompletnie zbędna.